Owego kolejnego, pochmurnego poranka, Valentin nie śpiesząc się, opuścił ciemne lochy. Co prawda nie chciał, bowiem nie lubił tak wcześnie rano jeść, jednakże musiał się napić, kawa była czymś co o tej porze było dla niego konieczne. Nie chciało mu się przepychać znów przez kuchnię pełną skrzatów, więc postanowił, że wypije ją po prostu w Wielkiej Sali. Nieco niewyspany, aczkolwiek jak zwykle w przemyślanie dobranych ubraniach, wszedł do owego pomieszczenia na parterze. Miał na sobie koszulę w biało szkarłatne pasy, a i oczywiście nie zapomniał jednego ze swych archaicznych zegarków, zwisających z kieszeni. Nie rozglądając się po sali skierował się do jakiegoś wolnego miejsca przy stole Slytherinu. Leniwie sięgnął po dzbanek z kawą, aby nalać nieco napoju do kubka. W myślach nieprzerwanie narzekał, że znów siedział po nocy, co za tym idzie, te parę marnych godzin snu na pewno nie były wystarczające. Spojrzał na czarny napój w kubku, mając nadzieje, że nieco go rozbudzi do życia, po czym wypił parę jego łyków.
-A po co podpierać ścianę ? Jak ma się mnie . Odwzajemnił uśmiech. Zobaczył jakiegoś chłopaka który jest partnerem Angie, chyba nie pozna jakiegoś nowego chłopca i dla niego oleje Davida. Zbić go czy nie? Hmm możliwe ale co Emma by powiedziała. Jeżeli coś do mnie czuję to jakbym pobił chłopaka wyszedł bym na najgorszego. -Siemka Angieee. Znalazłaś już partnera , ale frajer! Wykrzyczał to chłopak chyba wiedział że to do niego bo się odwrócił i tak co mógł mu zrobić?? David jest starszy od niego.
Mia pokiwała głową i wyszczerzyła zęby. Jak na razie wszystko było w porządku, poza głupimi myślami i pomysłami , pojawiającymi się co jakiś czas w głowie Mii. Po chwili dziewczyna wybałuszyła oczy, zgięła się wpół i zaczęła się śmiać. - Świetnie tańczysz - krzyknęła w jego stronę i nie będąc pewną czy ją usłyszał, poczochrała go przyjaźnie, na chwilę tłumiąc śmiech. Ślizgonka nie mogła więc być gorsza i próbowała dorównać chłopakowi. Gryfon, gryfonem, ale nie taki durny. W końcu jakiś czas temu spodobał jej się nowo poznany, którego nie widziała od wakacji. Nieważne... W każdym razie Mia zadawała się sporadycznie z ludźmi z tego domu, ale chyba musi to zmienić. Jakieś stereotypy nie będą jej przeszkadzać!
Stałą przez chwilę pod ścianą, opierając się o nią i rozglądając. Do pewnego momentu nikt nie nadchodził i już traciła nadzieję na poznanie partnera gdy ktoś jednak się pojawił. Uśmiechnęła się delikatnie, gdy się przedstawił przy okazji zastanawiając się, z którego domu może być. Ostatnio ciągle wpadła na Hufflepuff. Zdążyła ich polubić. - A ja Angie. Miło mi. - Nawet przywitała się w miarę przyzwoicie. Z której on mógł być klasy? - Długo czekałeś na partnerkę? - Spojrzała na jego rękę. Ale sobie wybrali kolor! Ale mimo tego facet był całkiem niezły!
- Ty też - zażartował. Chociaż rękę dałby sobie uciąć, że Jacqueline wyglądała olśniewająco, mógł tylko się domyślać, w końcu był ślepy. Przez ślepotę nie zauważył również pojawienia się swojej partnerki, spóźnionej o trzy godziny Ślizgonki z broszką w kształcie róży.
Wtem zobaczyła Angie, ślizgonkę za którą szczerze nie przepadała, z wzajemnością. Nie chciała jednak wyjść na głupią, więc postanowiła nie odezwać się ani słówkiem, nie wiedziała czy Angie będzie miała takie samo podejście, czy rzuci jakimś docinkiem.
- Tak, to pewnie dlatego - przytaknęła. - Jesteś tego pewien? - spytała, słysząc mojej uwadze na pewno byś nie umknęła. Czyli chłopak uważał się za dobrego obserwatora. Po jego słowach wydało jej się, jakby Gabriel był jakimś podrywaczem, być może nie do końca słusznie. No bo w sumie było trochę racji w tym, że się wyróżniała. Właściwie nie malowała się, a kolor włosów mogła zmienić w jednej chwili. Zaczynała sobie zdawać sprawę, że może się komuś podobać. Choć to jeszcze nie docierało do niej do końca. Odepchnęła więc od siebie złe wrażenie i postanowiła dobrze się bawić w towarzystwie Gryfona.
- Och, dziękuję, to żadna nowość - odparła z uśmiechem, którego zresztą i tak nie widział. Omiotła wzrokiem salę i dojrzała przy stole Cathy z broszką w kształcie róży! Najwyraźniej ich nie widziała. - Chyba widzę twoją partnerkę - mruknęła konspiracyjnie - Chcesz podejść? - spytała, bo może wolał czekać, aż ona zauważy? Albo w ogóle postanowi nie mieć z nią nic wspólnego. Jacqueline zaskakiwała dziś sama siebie.
Sczerze nie zastanawiało mnie już z jakiego domu i z jakiej klasy jest owa dziewczyna. Uśmiechnąłem się, patrząc na twarz dziewczyny. Po chwili na pytanie dziewczyny odpowiedziałem równie miło i z uśmiechem. Chciałem zrobić dobre pierwsze wrażenie. - Nie koniecznie długo. Też się spóźniłem. Jednak ciesze się, że już jesteś. Przynajmniej nie mam już czym już się zastanawiać. - sądząc, że mój monolog był troszkę za długi przymknąłem się na chwilę i nie wiedząc konkretnie jak dalej poprowadzic rozmowę to rzekłem: - Ee... napijesz się ponczu?
Dziewczyna podniosła wzrok znad stołu i zobaczyła chłopaka z broszką w kształcie róży. Wydawało jej się, że jest on z Ravenclawu. To on! Pomyślała dziewczyna i uśmiechnęła się sama do siebie. Po chwili jednak ujrzała Jacqueline, jej przyjaciółkę pijącą z chłopakiem. Uśmiech zrzedł z jej twarzy, lecz tylko na chwilę. Wiedziała, że się spóźniła, ale miała bardzo ważne sprawy do załatwienia, dlatego nie zjawiła się wcześniej. Mimo tego, nie zamierzała odebrać chłopaka Jacqueline. Widziała uśmiech na twarzy przyjaciółki i to sprawiało, że ona również była szczęśliwa. No cóż, może znajdzie się w sali chłopak, który również nie ma pary.
- Um... zasłaniasz mi. - Powiedziała Ruby mało uprzejmie zwracając rubinowe oczy ku Valentinowi. - Albo właściwie i tak nie ma tam nikogo ciekawszego, zostań na swoim miejscu. - Dodała po chwili konkluzji. Kontemplowała chwilę na chłopaka po chym wbiła wzrok w kieliszek. - Jestem sama, ale wcaale nie jest mi z tego powodu źle. - Mówiła do siebie ledwo opanowując drżenie dłoni. - Nie mogę z nikim porozmawiać, ale wcaale nie jest mi z tego powodu źle. - Kontunuowała. - Oh, Ruby, ale Ty jesteś głupia, po co pakowałaś się w tą imprezę. - Gdyby mogła albinoska z pewnością popatrzyłaby na siebie z wyrzutem. - Faktycznie, jak zwykle masz racje, głupia krowo. Mogłam iść na boisko i trochę sobie polatać. Mogłam też posiedzieś w dormitorium i poczytać "Nanę". Z pewnością wyszłoby mi na zdrowie bardziej niż siedzenie tu. - Karciła się.
- Skoro raczyła się już zjawić, niech sama podejdzie - mruknął. Nie miał zamiaru lecieć ku niej w podskokach. Zaczął czuć się całkiem dobrze w towarzystwie ponczu. I Jacqueline. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem.
-Jestem-przytakną- Podoba Ci się bal? -zapytał po chwili. Gabriel na początku nie miał ochoty w ogóle tu przychodzić ,nigdy nie lubił balów i innych szkolnych imprez na których zbierały się tłumy ludzi których zazwyczaj Gabriel nie miał ochoty widywać nawet w klasie nie mówiąc o spędzaniu z nimi wolnego czasu wolał pograć na gitarze ,poczytać lub posiedzieć gdzieś w spokoju , ale był za bardzo ciekawy kogo wylosował i jak to wszystko będzie wyglądać .Na razie nie było źle ,jeśli zrobi się nudno to po prostu wyjdzie nie musi się z nikim żegnać ani nic takiego bo po co? Zawsze był typem samotnika .
Widziała, że Emma się na nią gapi. Przynajmniej przez jakiś czas jej wzrok spoczywał na samej Ślizgonce. Postanowiła w ogóle tego nie zauważać, zresztą miała towarzystwo fajnego chłopaka, to po co to robić? Monolog Puchona wcale nie był taki długi, przynajmniej Angie wyłapała wszystkie słowa. - To dobrze, już się bałam. - Zażartowała. - Wiesz, spóźnienia do cechy gwiazd. - Dalej miała uśmiech na twarzy. Na razie było całkiem przyjemnie. - Czemu by nie? Chętnie. Prowadź! - szturchnęła go delikatnie ramieniem.
- Jak chcesz - odpowiedziała Jacqueline i napotkała wzrok Cathy. Nie wyglądała na najszczęśliwszą; może pomyślała, że są razem? Hmmm. Chociaż miała ochotę odwrócić się, zgarnąć Samaela i zniknąć w tłumie, uznała, że powinna być sprawiedliwa. Chociaż nie była pewna, czy Cathy będzie dobrze bawić się ze swoim partnerem, pomachała jej i pokazała gestem, żeby podeszła. - Wiesz co, może ja pójdę, bo wygląda na to, że jesteśmy razem. Powodzenia - poklepała go po ramieniu i zniknęła w tłumie. Ciekawe, jak się dogadają!
Zapalił papierosa i spalił go do końca. Wyrzucił go gdzieś pod stół gdzie stała fontanna. Chciał dalej tańczyć breaka ale nie wiedział czy Emma che z nim tańczyć czy też nie. -Tańczymy czy nie bo czuje się jak lamus, stoję i nic.
Pojawił się na balu w tym momencie już bardzo tego żałując. Po co się zapisał?! Niech to szlak. Miał przywiązaną do ręki pomarańczową chustę - znak rozpoznawczy, ale miał szczerą znajomą, że nie pojawi się nikt z takim samym oznaczeniem. Och! Ile on by za to dał! Usiadł na ławeczce z boku i stwierdził, że posiedzi chwilę, a potem najwyżej się zmyje. Co go skusiło na tą imprezę? Przejechał ręką po włosach i bawił się chustką.
Nagle jakaś dziewczyna się do niego odezwała, mówiąc coś o zasłanianiu. Nim zdążył jej cokolwiek odpowiedz, uznała, że jednak jej to nie przeszkadza. Właściwie to i tak i tak Valentin nie miał najmniejszego zamiaru gdziekolwiek się stąd ruszać. Miał całkiem dobre miejsce. Jednakże kiedy dziewczyna zaczęła mówić sama do siebie, coś na temat ciężkiego losu jaki ją spotkał, uniósł w zdziwieniu brwi. Chyba dawno nie spotkał kogoś tak dziwnego. I już nawet nie o zachowanie chodziło... ale jej uroda. Pierwszy raz widział kogoś o czerwonych oczach i wcale nie był pewien czy dobrze takowe wyglądały. - Ciężki Twój los - przyznał dość ironicznie. I zaraz ponownie obrócił się w stronę sceny, spoglądając na zespół. Co gorsza, skończył mu się już poncz, a jakoś nie chciało mu się po niego ruszać. Obracał więc tylko kieliszek w ręku.
Audrey ubrała się w ładną, czarną sukienkę, której dół był rozkloszowany i sięgał jej do połowy ud. W pasie była przewiązana wstęgą, a po boku miała kokardę. Na szczęście niezbyt dużą, niewielką, idealnie pasującą. Na stópki zdecydowała się włożyć czarne, niezbyt wysokie szpilki. Włosy lekko zakręciła, układały się więc w miękkie fale. Odpowiedni makijaż, srebrna biżuteria i była gotowa. Niezbyt chętnie przypięła złotą broszkę, swój znak rozpoznawczy. Dlaczego niechętnie? Ach, nie pasowała jej do srebra! Przeszła między uczniami, szukając partnera. Kiedy go znalazła, nie podeszła, tylko odwróciła się i szybko odpięła broszkę. O nie! Wystarczy jej akcja pod dębem! Schowała broszkę do czarnej torebki, aby przypadkiem nie zauważył, po czym ze smutną miną powlokła się ku stolikom. Odnalazła jeden wolny i usiadła przy nim. Znakomicie, miała się dobrze bawić, tymczasem unikała partnera. Och, nie robiłaby tego, gdyby nie wiedziała, że coś do niej czuje. W pewien sposób ją to odrzucało. Czuła się przy nim dziwnie.
Że też musiała tu wracać po tym, jak ją ostatnio potraktowano. Prawie się rozryczała, kiedy to przekroczyła próg zamku. Rzecz jasna Daisy, kobieta, której nic nie złamie, z zimna krwią wskoczyła między mury. Podciągnęła krótką spódniczkę, wygrzebała z kieszeni wielką chustkę, by wydmuchać nos (tak to jest, kiedy się choruje) i już miała ruszyć schodami do dyrektora, gdy poczuła piękny zapach. Wytrzeszczyła oczy, wdychając zapach. - JEDZEEEEEEEEEEENIEEEEEEEE! - wydarła się, z hukiem (niszcząc ściany w Wielkiej Sali) otworzyła drzwi do pomieszczenia. Pobiegła w tempie błyskawicy do stołów, zgarniając do ust jedzenie. - IMPREEEEEEEEEZAAAAAAAA! - dodała. A co ją obchodziły liczne spojrzenia? To z pewnością bal absolwentów, a o niej zapomniano! Już chciała się rozpłakać, kiedy przyszła jej do głowy pocieszająca myśl, ze to sowa. Odetchnęła. Napełniwszy swój brzuch, postanowiła poszukać partnera. Takie przystojniaka!
- Możemy zatańczyć, ale jeśli wolałbyś zatańczyć sam, to nie będę miała nic przeciwko - widziała, że chłopak był pełny energii i aż rwał się do tańca. Nie to co ona, chodząca anemia. Nie zamierzała go powstrzymywać.
- Hey Dav! - Odpowiedziała mu głośno. Zresztą była zdziwiona, że w ogóle przy tak głośnej muzyce udało się jej usłyszeć kogokolwiek oddalonego o parę metrów. Pomachała w jego stronę. Tekstu o frajerze już nie słyszała. - Ey, jak się nazywasz? - Skoro miała się bawić z Puchonem, to pasowało znać jego imię. Tak się jej wydawało. Nie pamiętała kiedy ostatnio pytała kogoś o imię.
Cath otworzyła szeroko oczy, gdy Jacqueline go zostawiła i zniknęła w tłumie. Dziewczyna nie bała się tego spotkania, spóźniła się i koniec, nie zamierzała się nikomu tłumaczyć. Zresztą nie była zła, że znalazł sobie inną towarzyszkę na bal, szczerze to zupełnie jej to nie obchodziło. Podniosła się z krzesła i ruszyła w stronę chłopaka, zachowałaby się dość niegrzecznie, gdyby tego zrobiła, w końcu Jacqueline zostawiła go samego. - Cześć. - odezwała się do chłopaka, gdy już do niego doszła. Dopiero teraz zauważyła, że jest niewidomy. Przez krótką chwilę było mu jej szkoda, jednak uznała, że chłopak nie chciałby aby się nad nim użalano.
Zawtórował Mii śmiechem, doskonale wiedział, że to co robił musiało być zabawne. A jeśli dziewczyna nie uciekła, był to bardzo dobry znak. - Dzięki - wyszczerzył do niej zęby, łapiąc ją za ręce. Tańczenie w parze było o wiele bardziej ciekawe, tym bardziej, że w chwili obecnej w ogóle nie ruszali się do rytmu. Gdzieś tam, w głowie Twana grała jego własna muzyka do której się dostosowywał.
- No pewnie. - powiedziałem równie miłym głosem jak dotychczas. Przystawiłem ramię by iść z dziewczyną tak jak się idzie z partnerką. Tak pod ramię, że tak powiem. Swoim tempem udaliśmy się do fontanny ponczu, gdzie zobaczyłem uwaga uwaga... Simona ze swoją partnerką chyba: - Cześć, wszystkim... - powiedziałem tak śmiejąc się do Simona. następnie podszedłem do fontanny i nalałem w dwie szklanki ponczu i podając dziewczynie jedną z nich mówiłem: - Proszę :)
Jared nie wystroił się za bardzo. Nie miał jak, nie był przecież kobietą. Przyszedł na salę trochę spóźniony, mając nadzieję, że partnerka nie będzie mu tego miała za złe. Owijał sobie zieloną chustę wokół palca i odwijał, rozglądając się za kimś, kto będzie miał podobną. W końcu, po dokładnych i całkiem długich poszukiwaniach dostrzegł taką osobę. - Witam - skłonił się lekko, pokazując dziewczynie chustę. - Jared - przedstawił się, kojarzył ją z Ravenclaw, ale nie znał osobiście.
Daisy! Morpheus, który uważał do tej pory bal za zmorę i tragedię, kompletne odwrócenie sytuacji z czasów, gdy to on królował, uznał, że teraz wszystko może się odmienić. Daisy była bowiem niesamowita. Przywodziła na myśl pramatkę, boginię płodności o szerokiej miednicy, obfity, rubensowski ideał piękna... jak tu jej nie kochać? I ta jej różowowłosa alternatywność, ach! Podszedł ku niej i skłonił się przed nią głęboko. Ujął jej upaćkaną ręką jedzenie i złożył na niej lekko łaskoczący od zarostu pocałunek. - Daisy! Czy zaszczycisz mnie tańcem, o piękna?