Młody leśniczy parł gorączkowo przed siebie. Słyszał ten głos, ten śpiew! Był pewien, że znów ją spotka, w końcu zaczęła się noc letniego przesilenia! Najkrótsza w roku. Spotkał ją w równonoc, zimą widział w śniegu wytańczone kręgi. Tak, słyszał ją! Tym razem ją odnajdzie, porwie w swe ramiona, nie da jej uciec już nigdy…
Śpiew, ten piękny śpiew rozbrzmiewał coraz głośniej. Nie rozróżniał słów, nie znał nawet języka, w jakim były wypowiadane. Miały w sobie dzikość, miały w sobie zew lasu, zew tak pradawny, że aż serce trzęsło się na ich dźwięk. Ale to go nie zraziło. Słyszał jej śmiech. I widział ogniki! Blask robaczków świętojańskich, dużo silniejszy, niż zdawało się to możliwe. Coraz głośniej, coraz jaśniej, już, już prawie ją widział…
Trzask gałązki, na którą nadepnął, był jak wystrzał. Światełka rozpierzchły się na wszystkie strony, a śpiew ucichł. Nie! Utracił ją, utracił na zawsze!
- Tańcz – usłyszał nagle szept, przy swym uchu. To ona! – Tańcz, tańcz ze mną!
- Zatańczę!
I tańczył. Dał się porwać w dziki, leśny pląs wokół drzew, wokół jeziora, wokół ogników. Tańczył i tańczył, choć siły tracił w zastraszającym tempie. Śmiała się do niego wesoło, szaleńczo. Wiedziała, że ciągnie go na śmierć i robiła to z radością. Czuł to. A mimo to, nie miał żalu. W jego oczach nadal była piękna, nieskazitelna, doskonała.
- Kocham Cię – wydyszał, tańcząc dalej. Nogi niemal pod nim mdlały, ona się śmiała, a mimo to młodzieniec walczył dalej. – Bądź moją…
- Tańcz! Tańcz, już zawsze! Umrzesz, a ja nie opuszczę tego lasu! To mój dom… Moje miejsce narodzin! Tańcz! Tańcz dla mnie do śmierci!
- Twój dom… I mój - nie miał już sił. Nie miał. Zaczerpnął ostatni dech i jedynie dzięki woli zdołał wyszeptać – Nasz dom… Razem… W nim… Zostańmy…
- Zostańmy?
Taniec i śmiech skończyły się gwałtownie. Zaskoczył ją. Jako pierwszy z mężczyzn nie chciał wyrwać jej z objęć lasu, a z nią w nim pozostać. To były tylko słowa, ale brzmiała w nich taka szczerość i autentyczność, że zawahała się. I wtedy życie młodzieńca zostało ocalone. A szansa, którą mu dała, przerodziła się w uczucie, z którego już wkrótce miało powstać nowe istnienie.
***
Czteroletnie dziewczątko, słodkie i śliczne jak dziecię słońca, tańczyło na drewnianej podłodze w blasku ognia z kominka. Jej radosny śmiech rozpromieniał całe wnętrze leśniczówki i zarażał uśmiechem mężczyznę siedzącego na fotelu ze śpiącą, roczną córeczką na rękach.
- Tańcz, tatusiu! – zaszczebiotała pląsająca dziewczynka, zdumiewająco przypominając swoją matkę. – Tańcz ze mną!
- Widzisz, że nie mogę, słoneczko – odparł spokojnie ojciec.
- Zostaw ją… - nalegała złotowłosa, a jej twarzyczka stała się nieco bardziej chmurna. - Niech mamusia się nią zajmie… Gdzie mamusia?
- W lesie. Dzisiaj ważna noc. Najdłuższa! Pamiętasz?
Mężczyzna starał się odciągnąć uwagę pierworodnej, ale na próżno.
- Chcę do niej iść. – uparła się dziewczynka.
- Dla ciebie jest za zimno.
- Ale ja chcę!
- Nie. – mężczyzna pozostał nieugięty.
I wtedy z oblicza dziewczęcia zniknęła cała słodycz. Jej błękitne oczęta zalała czerń, a rysy wyostrzyły się potwornie.
- CHCĘ DO MAMUUUSIII!!! – wrzasnęła, a ostatnie słowo przerodziło się w tak rozdzierający krzyk, że aż cienkie szkiełka w drzwiczkach kredensu rozprysły się na milion kawałków.
* * *
Rose było to obojętne. Taka już ich natura, prawda? Nawet jeśli dziewczęta miały tylko połowę jej krwi, dzikość dawała o sobie znać równie mocno! Ale zgodziła się. Bo prosił, nalegał. A jemu jednemu zawsze ulegała. Dlaczego? Bo zwykle tak niewiele od niej chciał. Zawsze starał się dopasować do jej zwyczajów, do jej zachcianek. To ją w nim urzekło. Nie starał się w niej zmienić absolutnie niczego, godząc się niemal na wszystko. I dlatego go poślubiła. Zakorzeniona głęboko w niej tradycja czczenia cyklu przyrody od dawna pchała ją ku stworzeniu nowego życia. To taka naturalna potrzeba, wydanie na świat potomstwa. Ale z kim? Nie było godnego, nie było nikogo, z kim chciałaby się związać, z kim chciałaby spędzić życie. Aż zjawił się on. On, który mimo swej bliskości nie zmienił w jej zwyczajach niemal nic, prócz swojego własnego udziału. Zamieszkali razem w leśniczówce, a las opuszczali jedynie wtedy, gdy było to naprawdę niezbędne. Urodziły im się dwie cudowne dziewczynki, które wraz z wilą krwią odziedziczyły dzikość i nieujarzmioną wolność oraz gwałtowność, która dawała o sobie znać coraz częściej. Dlatego ją poprosił, a ona się zgodziła.
Uczyła obie córki jak zapanować nad swoją wściekłością, jak nie dawać wewnętrznej harpii wyrwać się na wolność. Było ciężko, oczywiście, bo dziewczynki walczyły ze sobą jak lwice. O kwiatek, o wstążkę, o ojca, o wszystko. Lily szło lepiej. Z początku nie chciała nawet próbować, była za smarkata i zbyt rozpieszczona, by chcieć włożyć wysiłek w cokolwiek. Aż w końcu Rose zdecydowała się na kroki drastyczne i wygarnęła córce, że jako harpia wygląda obrzydliwie i nikt jej nigdy nie pokocha, jeśli ją taką ujrzy. Kłamstwo, ale skuteczne, bo Lily momentalnie zaczęła starać się ze wszystkich sił. Nie to co Primrose…
Ale dziś było inaczej. Dziś była noc, w którą wszystkie trzy dawały upust swojej dzikiej naturze. Przesilenie letnie. Ohh, dziś nawet on, nawet Bill nie mógł prosić, by stłumiły w sobie instynkty, o nie! Połączenie dzikości wili i pierwotnego kultu miało w sobie moc, której nie sposób się oprzeć. Dziś oddawały się tradycji, przekazywanej od stuleci z córki na matkę, tradycji wywodzącej się od odległych, słowiańskich przodków Rose, przemieszanych później ze zwyczajami brytyjskimi. Dziś miały śpiewać, wróżyć i tańczyć! O tak, tańczyć do samego świtu, a o poranku wziąć pierwszą tego roku kąpiel w jeziorze.
Tylko gdzie były dziewczynki…?
***
- Tego nie powinnaś zrywać – rozbrzmiał przemądrzały głos siedmiolatki. – To maruna, nie rumianek.
- Wiem. – warknęła do niej Lily, dzielnie panując nad swoją złością.
- HA! Odezwałaś się! Teraz nie wywróżysz sobie ukochanego – powiedziała z satysfakcją młodsza dziewczynka, zwinnie uskakując przed pękiem chwastów, które wcześniej zrywała starsza siostra. – No nie wyrzucaj! Przyda się na wianki! Do nich nie trzeba być cicho, pamiętasz?
Dziesięciolatka westchnęła cicho i podniosła rozrzucone kwiatki.
- Po co to zrobiłaś? – burknęła ze złością, z wprawą zabierając się za wyplatanie wianka. – Zależało mi.
- No wieeem. Ale byłam ciekawa czy się zmienisz – odparła z rozbrajającą szczerością siedmiolatka. Zachichotała cichutko i dodała jeszcze z przekorą – Mama mówiła, że wyglądasz ohyyydnie jako harpia!
- Prim?!
- No dobrze, przepraszam. Rób ten wianek bo już chcę je puszczać! Ja swój zrobiłam!
Lily bez słowa dokończyła swoje dzieło, po czym zerknęła na wianek siostry. Ten drugi był większy, bardziej ozdobny… Jej też by był, gdyby nie straciła tyle czasu na wróżbę, z której i tak już nic nie mogło się udać. Ale trudno. I tak nigdy nie widziała, żeby ktokolwiek, nie tylko jakiś chłopak wyławiał wianki, więc w sumie to było bez znaczenia.
W końcu wybrały się nad rzeczkę, która przepływała przez ich las i zgodnie ze zwyczajem wrzuciły wianki do wody. Oczywiście śpiewały przy tym stare piosenki, których znaczenia w większości nie rozumiały, ale które zdaniem matki miały magiczną moc, aż w końcu wianki zniknęły, przepływając przez łuk rzeczki, a słowa piosenki dobiegły końca. I wtedy dziewczynki spojrzały na siebie, z wypiekami świadczącymi o tym, ze obie mają coś niesfornego na myśli.
- Idziemy za nimi? – spytały jednocześnie i obie zachichotały, kiwając sobie potwierdzająco głowami. I pobiegły. Nie wolno im było samym się oddalać, ale kto by się przejmował zakazami rodziców? Przeskakiwały radośnie przez korzenie i mniejsze dopływające do rzeki strumyczki, aż wybiegły z lasu i wtedy nagle…
- Padnij! – syknęła Lily, ciągnąc siostrzyczkę w dół, ukrywając je obie za gęstym krzakiem tawuły. – Patrz!
Dziesięciolatka wskazała postać stojącą całkiem niedaleko. To był rudy chłopiec, na oko tylko troszkę starszy od nich. Miał całkiem miłą, piegowatą buźkę i puszczał kaczki na wodzie. Dziewczynki przyglądały się z zapartym tchem, jak rudzielec zauważa wianki… jeden wianek. Ten mniejszy, bo wianek Primrose zaczepił się wcześniej o korzeń i został nieco w tyle.
A chłopiec odłożył kamień, spojrzał na wianek i sięgnął po niego.
„Tak tak tak tak tak!” powtarzała w myślach Lily, niemal skacząc z radości.
I wtedy chłopiec zauważył drugi wianek, ładniejszy, i to do niego skierował wyciągniętą rękę. Ale nie chwycił go. Powstrzymał go rozdzierający krzyk harpii.
***
Mówiąc, że przyjazd do Hogwartu odmienił jej życie, wcale by nie skłamała. Od momentu pojawienia się w szkole, nawet w chwili, gdy dopiero jechała pociągiem, wszystko zmieniło się dokumentnie. Do jej przedziału tłumnie przybywali chłopcy, nawet ci odrobinę starsi, a w trakcie roku nie odstępowali jej na krok. Była prześliczna, a aura wili sprawiała, że większość kolegów głupiała na jej widok. Czego chcieć więcej? Miała też koleżanki, które lgnęły do niej, pragnąc przejąć nieco jej popularności, a także przeciwniczki, które zazdrościły jej uroku. Podobało jej się to, a jakże! Nowa sytuacja sprawiła, że Lily zapragnęła zostać tu na zawsze i nigdy nie wracać do odciętego od świata domu.
Walczyła ze swoją gwałtowną naturą z całych sił, co z resztą nie było aż tak trudne, bo wspomnienie twarzy tego piegowatego rudzielca nad rzeką zawsze rozwiewało jej gniew, ilekroć groziła jej przemiana w harpię. Starała się. Naprawdę się starała, by nigdy więcej nie zobaczyć tego przerażenia, zgrozy i odrazy, jaka malowała się wtedy w jego oczach. I jak na razie, udawało jej się. Panowała nad sobą, a prócz urody, która była cechą bardziej pasywną, nie wykazywała żadnych zdolności typowych dla wili.
Sytuacja uległa zmianie dopiero w drugiej klasie, kiedy pojawił się… powód. Był pewien chłopiec, starszy od niej o dwa lata, który okazywał jej mniej zainteresowania, niż sobie tego życzyła. Wtedy zaczęła sięgać do hipnozy, a przynajmniej podejmować jej próby, bo ile mogła zdziałać dwunastolatka? Aż wreszcie po ponad półrocznych wysiłkach powiodło jej się, tyle o ile. Chłopiec nosił jej torbę, dzielił się drugim śniadaniem, spędzał z nią dużo czasu i spełniał każdą zachciankę. Zaczęli ze sobą chodzić, jak to się wśród uczniów mówiło, a Lily uwierzyła, że z czasem zaczął być z nią dla niej samej, a nie dla uroku, który na niego rzuciła. Myliła się. W czasie wakacji listy zaczęły przychodzić do niej coraz rzadziej i były coraz bardziej enigmatyczne. Nie miała też okazji do podjęcia próby odnowienia hipnozy, bo obiekt jej westchnień nie wrócił na kolejny rok do Hogwartu.
Trzecia klasa nie był najlepszym okresem w życiu Lily. Eksperymenty z rzucaniem uroku rozruszały jej nieco uśpione wcześniej moce, które teraz zaczęły wymykać się spod kontroli. Wiele koleżanek, nawet tych szczerych, zaczęło się od niej odsuwać. W końcu to nie było miłe, kiedy wymarzony chłopak zamiast do nich zaczynał smalić cholewki do wili… I tak popularność Lily zaczęła stopniowo maleć, mimo jej usilnych prób zapanowania nad swoim urokiem.
Jako takie efekty podejmowanych przez nią wysiłków zaczęły się pojawiać dopiero pod koniec roku, kiedy dziewczyna posiadła minimalny, ale jednak rosnący wpływ na aktywność swego uroku. Miała okazję to przećwiczyć później w wakacje, bo ojca dopadło życie zawodowe i zmuszony był przyjąć na praktykę troje przyszłych leśniczych, w tym jedną studentkę i aż dwóch studentów. Matka i siostra trzymały się od nich z daleka, jednak czternastoletnia wówczas Lily skorzystała z okazji. Pod koniec wakacji nadal nie mogła poszczycić się pełnią kontroli, jednak wyraźnie potrafiła już wpływać na swoje umiejętności.
Po powrocie do szkoły miała wiele okazji do dalszej praktyki, dlatego chcąc nie chcąc wielu uczniów zostawało jej królikami doświadczalnymi. Lily nie powtarzała jednak błędu z klasy drugiej. Cały swój wpływ ograniczała do drobnych przysługach, walczyła natomiast z nieświadomym oddziaływaniem urokiem na innych. Do tego wszystkiego jej największym lękiem i głównym obiektem walki była harpia, którą do tej pory widzieli jedynie bardzo nieliczni. I tak właśnie upływał jej rok czwarty.